niedziela, 1 października 2017

I LOST MY ROUTINE.

Ludzie mówią, że to cecha charakteru. Ja twierdzę inaczej. Myślę, że perfekcjonizm może być chorobą.





Wystarczy mi kilka dni. Kilka dni, by zniszczyć wszystko, nad czym pracowałam kilka lat. By zepsuć cały misterny plan. A wszystko dlatego, że chciałam być perfekcjonistką.
Już od jakiegoś czasu zastanawiam się, czy wszystko jest ze mną w porządku. Nie jestem w stanie funkcjonować bez swojej rutyny. Gdy coś zmieniam - wszystko się sypie. Gdy postępuję według planu - czuję jak mały diabełek o nazwie "spontaniczność" zawija swoje chude rączki na mojej szyi i krępuje moje ruchy. Chcę być perfekcyjna. Chce wstawać rano z uśmiechem na twarzy i kłaść się do łóżka o równej godzinie we wczesnej porze, mając zorganizowany cały świat. A jednocześnie chciałabym poczuć smak przygody. Zrobić coś spontanicznego. Nie myśleć o konsekwencjach nieprzespanej nocy. I cholera, walczę. Walczę z samą sobą.

Długo odnajdywałam rozwiązanie tej sytuacji w wiecznym planowaniu. Rozplanowywaniu każdej chwili i rozkładaniu na czynniki pierwsze każdej słabości. Na końcu dnia, po stuprocentowym ogarnięciu swojej codzienności i wykonaniu wszystkich obowiązków, w moim kalendarzu pojawiał się jeden gigantyczny napis "SPONTAN". Tylko chyba nie na tym spontaniczność polega.






Nie żałuję. Nie jestem zła, ani smutna, że jestem jaka jestem. Chodzi o to, że odczuwam pewną trudność w codziennym życiu, gdy każde odstępstwo od normy przypłacam wieloma, uciążliwymi wyrzutami sumienia. Czasami przeżywam to samo, będąc perfekcyjną. Ale wtedy mam prościej. Bo wystarczy mi jedna myśl: próbuję, ale nie jestem.

Nie jestem perfekcyjna.

Pozdrawiam,
~Wiktoria.

PS. Nie powinnam dodawać tego postu tak późno, ale zamiast wspomnianych wyżej wyrzutów sumienia odczuwam ulgę, bo wyrobiłam się i dodałam ten post dzisiaj. Zapewne pomyślicie, że się obijałam i dlatego napisałam tak mało, ale.. prawdą jest to, że poruszyłam niełatwy dla mnie temat, a nie chciałam powiedzieć zbyt dużo. Ubranie w słowa tego, co mam w głowie zajęło mi dłużej, niż powinno i chyba nie udało mi się w stu procentach. Przepraszam za zawiłość. Przepraszam za kilkugodzinne spóźnienie. Przepraszam za to, że nie jestem perfekcyjna.

piątek, 1 września 2017

I MISS YOU.

Najgorszym uczuciem na świecie jest bezsilność. A ta bezsilność wiąże się z niemożnością ponownego spotkania się z osobą, którą żegnamy.

Nie lubię pożegnań. Nawet jeśli mamy nie widzieć się tylko kilka dni, pożegnania zawsze wywołują smutek, którego wielkość jest chyba adekwatna do ilości kilometrów, jaka dzieli nas od ukochanej osoby. Czasami musimy żegnać kogoś na zawsze - i jest to najgorsza forma tęsknoty, jaką człowiek jest w stanie odczuć w życiu. Kiedy żegnamy kogoś na zawsze, nie tęsknimy tylko za jego towarzystwem. Tęsknimy za jego istnieniem. Bo dopóki żegnamy się z czymś, co będzie czekać na nas po powrocie, albo co samo do nas powróci i z uśmiechem złapie nas w ramiona - czujemy bezpieczeństwo. Wiemy, że dana osoba istnieje, a to duży powód do szczęścia. To pozornie banalna rzecz, ale kiedy mamy świadomość, że ktoś, za kimś tęsknimy istnieje, żyje, funkcjonuje, jest szczęśliwy; cały ciążący i uprzykrzający nam życie ciężar tęsknoty staje się o wiele lżejszy.
Czasami musimy pożegnać rzeczy. Przedmioty, wydarzenia, zjawiska, szczęście. To może wydawać się nielogiczne, ale przecież potrafimy tęsknić za rzeczami niematerialnymi. Za szczęściem. Za beztroską. Za dzieciństwem. Za każdym pożegnaniem ukryty jest ludzki smutek.



Pierwszego września, tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku, wybuchła druga wojna światowa. Wojna, na której zginęli nasi przodkowie. Wojna, która wywołała w ludziach największe okrucieństwo. Wojna, która sprawiała, że ludzie prosili o swoją śmierć. Dziś mija 78 rocznica tego okropnego dnia, który na zawsze zmienił bieg historii. Nie mam zamiaru zmienić tego postu w wyrwaną stronę z podręcznika historycznego, ale chcę byśmy pamiętali. Kiedy nasi dziadkowie wychodzili na ulicę, by walczyć za swój kraj musieli się żegnać w wyjątkowy sposób. Bo nawet nie wiedzieli, czy kiedykolwiek wrócą do swoich rodzin. Czy rodziny wrócą do nich. To nie była jedynie tęsknota za ludźmi - za ich istnieniem, za ich obecnością, zapachem, uściskiem dłoni, uśmiechem. To była tęsknota za bezpieczeństwem, domem, spokojem. Mamy to szczęście, że urodziliśmy się w czasach pokoju. W czasach, w których większość osób posiada to swoje ciepło domowego ogniska i czuje bezpieczeństwo. Pozornie prosta rzecz. A tak wiele daje.  Dziś beztrosko biegniemy do szkoły, by powitać nowy rok szkolny, witamy się z dawno niewidzianymi kolegami - osobami, za którymi tęskniliśmy. Zmęczeni życiem, pragnący wakacji, zrozpaczeni - wracamy do szkoły. A wtedy, siedemdziesiąt osiem lat temu, ludzie oddaliby życie za takie problemy. Oddajmy minutę ciszy. Oddajmy honor poległym. Wspierajmy osoby, które przeszły przez to piekło na ziemi.





Pozdrawiam,
~Wiktoria.




PS. Zdjęcia obecne w poście są wynikiem amatorskiej sesji fotograficznej, jaką przeprowadziłam wraz z moją przyjaciółką pewnego sierpniowego popołudnia. Chciałabym przesłać serdeczne podziękowania i wyrazy wdzięczności - bez niej fotografie, które mogliście dostrzec nie powstałyby. A sesja, wbrew pozorom, była radosną i wakacyjną, jednak owe kolorowe, wesołe zdjęcia nie pasowały do charakteru tego postu ;).

wtorek, 1 sierpnia 2017

MY PLACE.

Nie ma miejsca piękniejszego niż to, w którym mieszkam.
Las jest najcudowniejszym miejscem na świecie. Mój las.

Mój dom położony jest w centrum lasu. Minęła chwila, nim uświadomiłam sobie, że coś, co jest czyimś spełnieniem najskrytszych marzeń - bez problemów zostało mi przypisane od momentu urodzenia. Piękne widoki, dźwięki, momenty.. Klimat. Niepowtarzalny. Z dala od miejskiego zgiełku.
To tutaj, wśród tysiąca drzew tysięcy gatunków, wychowywano mnie od początku mego życia. Odkąd pojawiłam się na ziemi. I w każdej chwili mogłam chodzić leśnymi ścieżkami, wdrapywać się na pagórki, które z biegiem lat dziwnym trafem stają się coraz mniejsze i łatwiejsze do pokonania, zrywać świeże owoce, biegać po niezagospodarowanych łąkach, leżeć na kocach w cieniu drzew, zjeżdżać na sankach z prywatnej górki, podziwiać kolory liści wszelkiego rodzaju i.. uciekać od hałasów, zbiegowisk, tłumów, problemów, niekorzystnych sytuacji.. Las stał się dla mnie oazą. Oazą spokoju i szczęścia. Jedynie nie zawsze to doceniałam.





Oczywiście, nie ma w tym perfekcji. Nie mamy równo przystrzyżonej trawy, perfekcyjnie wyplewionego ogródka, ani najnowocześniejszego garażu, a leśne borówki w przeciwieństwie do tych amerykańskich są maleńkie, często kwaśne i brudzą ręce jak cholera, ale dla mnie, są idealne.





A czy jest coś wspanialszego od zapachu skoszonej trawy? Od porannego śpiewu ptaków, lub wieczornej gry koników polnych? Od świeżo zerwanej poziomki, szukania grzybów kilka metrów od własnego domu? Letnich wieczorów? Grilla, robionego u siebie i po swojemu? Dotychczas niczego lepszego nie znalazłam. Nowy Jork, Paryż, Warszawa, Berlin - jasne! Ale to tu jest to miejsce. MOJE MIEJSCE. 


Pozdrawiam, 
~Wiktoria.


UWAGA KOMUNIKAT

Seria postów niezobowiązujących - takich jak ten i kilka poprzednich w dalszym ciągu pojawiać się będą raz w miesiącu (pierwszego dnia miesiąca). Postanowiłam jednak zaangażować się w blogowanie na większą skalę i częściej pisać posty z recenzjami książek, których jestem ogromną wielbicielką. Takie posty najprawdopodobniej publikować będę raz w ciągu dwóch tygodni, jednak ustanowienie to może ulec zmianie, sukcesywnie wymuszając na mnie większą systematyczność. Dziękuję za uwagę.

sobota, 1 lipca 2017

HOLIDAY MAKING YOU HAPPY.

Właśnie jestem świadkiem, ba - wręcz uczestnikiem, prawdopodobnie najpiękniejszego wieczoru w historii ludzkości. I nie mam nawet na myśli tego, że temperatura przez całą noc sięga 22 stopni Celsjusza, ani tego, że niebo jest zupełnie bezchmurne i pokryte tysiącem gwiazd, przypominającym światełka w porcie widoczne w wielu produkcjach filmowych. Nie mam na myśli tego, że gdzieśtam na świecie właśnie w tej chwili odbywa się koncert mojego ulubionego zespołu tworzącego muzykę idealną dla moich uszu, ani tego, że w tym momencie na całym świecie pewnie urodziło się około 350 tysięcy dzieci, których rodzice nie posiadają się ze szczęścia, jeśli tylko poród się powiódł. Jest to najpiękniejsza noc w historii ludzkości, ponieważ wszystko żyje własnym rytmem. W krzakach, nieopodal krzewów i innych roślin chowa się mnóstwo świetlików, które świecąc na piękny, zielonkawy kolor przelatują nad polami, ukazując nam jeden z najpiękniejszych widoków. Drzewa kołysają się w rytm wiatru. Powoli, spokojnie, niespiesznie. Gdzieś  w oddali pohukuje sowa, dając nam dowód swojej obecności w tym wielkim, nienaruszonym ludzką działalnością lesie. Psy sąsiadów ujadają, czując podejrzliwe zapachy obcych ludzi i zwierząt, lub po prostu komunikując się wzajemnie. Stojąc pośrodku wszystkiego, co podziwiam, na drewnianych, lekko zwiotczałych i zniszczonych deskach tarasu, obok huśtawki, na której leżałam jeszcze kilka godzin temu, zmęczona i zupełnie zrezygnowana upałem, przed barierką porośniętą bujnym winoroślem i kilkoma kwiatkami w ozdobnych doniczkach posadzonych parę miesięcy temu przez moją mamę. Delikatny, nocny i orzeźwiający wiatr rozwiewa mi włosy, powodując dreszcz przyjemności przebiegający wzdłuż kręgosłupa po całym ciele. Oczy rejestrują wszystko, co w zasięgu wzroku - od schodów prowadzących z tarasu na skoszoną, pokrytą rosą trawę nad którą lata tysiące robaczków świętojańskich, poprzez piękne, kwitnące niedaleko rośliny, aż po wierzchołki najwyższych drzew, stanowiących granicę lasu. Usta bezwiednie rozchylają się w delikatnym uśmiechu, przeżywając i analizując każdą przyjemność z osobna. Mózg stara się zapamiętać każdy, najmniejszy szczegół.



I właśnie po to są wakacje. Po to, by stanąć na tarasie, położyć się w wysokiej trawie, przejść boso po łąkach, zjeść świeżo zerwaną truskawkę, podziwiać zachody słońca i zapadanie zmierzchu, czuć wiatr muskający nasze ciało i mocne popołudniowe promienie słoneczne. Po to, by kąpać się w chłodnej rzece, słuchać szumu fal, zarywać nocki, oglądać wschód słońca, czuć jak w powietrzu wzrastają temperatury, czytać książki leżąc na hamaku.. Po to, by podróżować, cieszyć się życiem, relaksować, odpocząć, nabrać rozpędu, zbierać doświadczenia, analizować podjęte decyzje.. Po to, by żyć. Żyć prawdziwie. 



piszacy_kurczak

czwartek, 1 czerwca 2017

WELCOME BACK!

Znacie ten moment, kiedy przypadkowo znajdujecie coś, co przypomina Wam o całej przeszłości i zalewa Was fala sentymentu, która z czasem przeradza się w chęć powrócenia do tego, co było wcześniej? Ja znam aż za dobrze.
Wielokrotnie zdarzało mi się powracać do prowadzenia bloga ze względu na sentyment. Tym razem jest to coś innego. 





Zupełnie inna wizja na bloga.
Zupełnie inne nastawienie.
Zupełnie inny pomysł na tematykę postów. 



piszacy_kurczak