środa, 9 sierpnia 2017

MY FIRST REVIEW - "Załącznik"


Oto pierwsza w moim życiu recenzja książki! Od tego momentu pojawiać się one będą już regularnie, co drugą środę. Za pierwszym razem chciałam wziąć coś, czego zrecenzowanie nie zajmie mi dużo czasu i dzięki czemu będę mogła z łatwością wdrożyć się w tworzenie tego typu projektów.

Na tapet wzięłam więc "Załącznik" autorstwa Rainbow Rowell, który miałam okazję przeczytać już kilka miesięcy temu. Opinię wyrobiłam sobie niemal od razu - nie czułam potrzeby dłuższego zastanawiania się nad tym, jaką ocenę wystawić temu dziełu jednej z moich ulubionych autorek.
Rainbow Rowell zachwyciła mnie już książką pt. "Fangirl", po której żarliwie sięgnęłam po "Eleonora i Park". Każda z nich domaga się osobnej recenzji, ale na początku chciałam poruszyć temat najnowszej książki, która stosunkowo niedawno pojawiła się na półkach księgarni.




Autor/ka: Rainbow Rowell
Tytuł: "Załącznik"
Wydawnictwo: HarperCollins 
Rok wydania polskiego tłumaczenia: 2016
Opis: "Lincoln O'Neill nie może uwierzyć, że jego praca polega na czytaniu cudzej korespodencji. Zgłaszając się na stanowisko "administratora bezpieczeństwa danych" wyobrażał sobie, że będzie budował systemy zabezpieczeń i odpierał ataki hackerów - a nie pisał raport za każdym razem, gdy dziennikarz działu sportowego prześle koledze sprośny dowcip. Natrafiwszy na maile Beth i Jennifer wie, że powinien wysłać im upomnienie. Ale ich pokręcona korespondencja na temat spraw osobistych bawi go i wciąga. Kiedy uświadamia sobie, że zakochał się w Beth, jest już za późno, by tak po prostu nawiązać z nią znajomość. Co miałby jej powiedzieć..? >>To ja jestem tym facetem, który czyta Twoje maile.. i kocham cię<< ?" 
Moja ocena: 8/10

Książka - owszem, bawi nas i wciąga jak głównego bohatera czytanie cudzej korespondencji, ale czegoś w tej powieści wyczułam brak. Mam wrażenie, że przez jakieś 390 z 410 stron dowiadujemy się kilku faktów o Lincolnie - na przykład tego, że jest starym kawalerem mieszkającym z matką, dostającym regularny ochrzan od swojej starszej siostry, która w przeciwieństwie do niego ułożyła sobie życie i nie ma najlepszych relacji z rodzicielką, czy tego, że nienawidzi swojej pracy, ale boi się cokolwiek zrobić by swój los odmienić. Z czasem zaczyna czuć coś więcej niż sympatię do Beth, wymieniającej maile ze swoją przyjaciółką, mimo iż nigdy nawet osobiście z nią nie rozmawiał. Mamy tu przykład czegoś, co sprawdziłoby się w znacznej większości zarówno książkowych, jak i filmowych romansideł. Powieść trafi w gusta większości nastolatek i myślę, że dorosła kobieta również nie pogardziłaby przeczytaniem takiej luźnej historii w ramach relaksu. To, czego brakuje mi w tej książce - choć domyślam się, iż mógł to być zamierzony efekt - to rozwinięcia happyendu zakochanych. Nie mówię tu o niesamowicie przesłodzonym ślubie pół roku później, ale o chociażby krótkim rozdziale, który mógłby zaspokoić ciekawość czytelników. Po przebrnięciu przez zawiłą i skomplikowaną historię ich nieoficjalnego zapoznania otrzymujemy nagły i niespodziewany koniec, gdy para wraca z obiadu, bądź kolacji w obecności mamy Lincolna. Dla mnie to odrobinę za mało. Pozostawiło niedosyt.
Mimo to, moja ocena jest pozytywna, bo - jak to mam w zwyczaju przy książkach R. Rowell- przyjemnie spędzałam czas na lekturze. 



Pozdrawiam, 
~Wiktoria.

wtorek, 1 sierpnia 2017

MY PLACE.

Nie ma miejsca piękniejszego niż to, w którym mieszkam.
Las jest najcudowniejszym miejscem na świecie. Mój las.

Mój dom położony jest w centrum lasu. Minęła chwila, nim uświadomiłam sobie, że coś, co jest czyimś spełnieniem najskrytszych marzeń - bez problemów zostało mi przypisane od momentu urodzenia. Piękne widoki, dźwięki, momenty.. Klimat. Niepowtarzalny. Z dala od miejskiego zgiełku.
To tutaj, wśród tysiąca drzew tysięcy gatunków, wychowywano mnie od początku mego życia. Odkąd pojawiłam się na ziemi. I w każdej chwili mogłam chodzić leśnymi ścieżkami, wdrapywać się na pagórki, które z biegiem lat dziwnym trafem stają się coraz mniejsze i łatwiejsze do pokonania, zrywać świeże owoce, biegać po niezagospodarowanych łąkach, leżeć na kocach w cieniu drzew, zjeżdżać na sankach z prywatnej górki, podziwiać kolory liści wszelkiego rodzaju i.. uciekać od hałasów, zbiegowisk, tłumów, problemów, niekorzystnych sytuacji.. Las stał się dla mnie oazą. Oazą spokoju i szczęścia. Jedynie nie zawsze to doceniałam.





Oczywiście, nie ma w tym perfekcji. Nie mamy równo przystrzyżonej trawy, perfekcyjnie wyplewionego ogródka, ani najnowocześniejszego garażu, a leśne borówki w przeciwieństwie do tych amerykańskich są maleńkie, często kwaśne i brudzą ręce jak cholera, ale dla mnie, są idealne.





A czy jest coś wspanialszego od zapachu skoszonej trawy? Od porannego śpiewu ptaków, lub wieczornej gry koników polnych? Od świeżo zerwanej poziomki, szukania grzybów kilka metrów od własnego domu? Letnich wieczorów? Grilla, robionego u siebie i po swojemu? Dotychczas niczego lepszego nie znalazłam. Nowy Jork, Paryż, Warszawa, Berlin - jasne! Ale to tu jest to miejsce. MOJE MIEJSCE. 


Pozdrawiam, 
~Wiktoria.


UWAGA KOMUNIKAT

Seria postów niezobowiązujących - takich jak ten i kilka poprzednich w dalszym ciągu pojawiać się będą raz w miesiącu (pierwszego dnia miesiąca). Postanowiłam jednak zaangażować się w blogowanie na większą skalę i częściej pisać posty z recenzjami książek, których jestem ogromną wielbicielką. Takie posty najprawdopodobniej publikować będę raz w ciągu dwóch tygodni, jednak ustanowienie to może ulec zmianie, sukcesywnie wymuszając na mnie większą systematyczność. Dziękuję za uwagę.

sobota, 1 lipca 2017

HOLIDAY MAKING YOU HAPPY.

Właśnie jestem świadkiem, ba - wręcz uczestnikiem, prawdopodobnie najpiękniejszego wieczoru w historii ludzkości. I nie mam nawet na myśli tego, że temperatura przez całą noc sięga 22 stopni Celsjusza, ani tego, że niebo jest zupełnie bezchmurne i pokryte tysiącem gwiazd, przypominającym światełka w porcie widoczne w wielu produkcjach filmowych. Nie mam na myśli tego, że gdzieśtam na świecie właśnie w tej chwili odbywa się koncert mojego ulubionego zespołu tworzącego muzykę idealną dla moich uszu, ani tego, że w tym momencie na całym świecie pewnie urodziło się około 350 tysięcy dzieci, których rodzice nie posiadają się ze szczęścia, jeśli tylko poród się powiódł. Jest to najpiękniejsza noc w historii ludzkości, ponieważ wszystko żyje własnym rytmem. W krzakach, nieopodal krzewów i innych roślin chowa się mnóstwo świetlików, które świecąc na piękny, zielonkawy kolor przelatują nad polami, ukazując nam jeden z najpiękniejszych widoków. Drzewa kołysają się w rytm wiatru. Powoli, spokojnie, niespiesznie. Gdzieś  w oddali pohukuje sowa, dając nam dowód swojej obecności w tym wielkim, nienaruszonym ludzką działalnością lesie. Psy sąsiadów ujadają, czując podejrzliwe zapachy obcych ludzi i zwierząt, lub po prostu komunikując się wzajemnie. Stojąc pośrodku wszystkiego, co podziwiam, na drewnianych, lekko zwiotczałych i zniszczonych deskach tarasu, obok huśtawki, na której leżałam jeszcze kilka godzin temu, zmęczona i zupełnie zrezygnowana upałem, przed barierką porośniętą bujnym winoroślem i kilkoma kwiatkami w ozdobnych doniczkach posadzonych parę miesięcy temu przez moją mamę. Delikatny, nocny i orzeźwiający wiatr rozwiewa mi włosy, powodując dreszcz przyjemności przebiegający wzdłuż kręgosłupa po całym ciele. Oczy rejestrują wszystko, co w zasięgu wzroku - od schodów prowadzących z tarasu na skoszoną, pokrytą rosą trawę nad którą lata tysiące robaczków świętojańskich, poprzez piękne, kwitnące niedaleko rośliny, aż po wierzchołki najwyższych drzew, stanowiących granicę lasu. Usta bezwiednie rozchylają się w delikatnym uśmiechu, przeżywając i analizując każdą przyjemność z osobna. Mózg stara się zapamiętać każdy, najmniejszy szczegół.



I właśnie po to są wakacje. Po to, by stanąć na tarasie, położyć się w wysokiej trawie, przejść boso po łąkach, zjeść świeżo zerwaną truskawkę, podziwiać zachody słońca i zapadanie zmierzchu, czuć wiatr muskający nasze ciało i mocne popołudniowe promienie słoneczne. Po to, by kąpać się w chłodnej rzece, słuchać szumu fal, zarywać nocki, oglądać wschód słońca, czuć jak w powietrzu wzrastają temperatury, czytać książki leżąc na hamaku.. Po to, by podróżować, cieszyć się życiem, relaksować, odpocząć, nabrać rozpędu, zbierać doświadczenia, analizować podjęte decyzje.. Po to, by żyć. Żyć prawdziwie. 



piszacy_kurczak

czwartek, 1 czerwca 2017

WELCOME BACK!

Znacie ten moment, kiedy przypadkowo znajdujecie coś, co przypomina Wam o całej przeszłości i zalewa Was fala sentymentu, która z czasem przeradza się w chęć powrócenia do tego, co było wcześniej? Ja znam aż za dobrze.
Wielokrotnie zdarzało mi się powracać do prowadzenia bloga ze względu na sentyment. Tym razem jest to coś innego. 





Zupełnie inna wizja na bloga.
Zupełnie inne nastawienie.
Zupełnie inny pomysł na tematykę postów. 



piszacy_kurczak