środa, 6 września 2017

MY REVIEW #3 - "Przecież cię znam"

Długo zastanawiałam się, jaką powieść wybrać na trzecią część moich książkowych recenzji. I pewnie zastanawiałabym się wciąż, gdyby nie fakt, że w ręce wpadła mi pewna perełka. Coś wprost idealnego do tej serii postów. Coś idealnego do mojego, nieco wybrednego gustu.
"Przecież cię znam" wciągnęło mnie odkąd przeczytałam pierwsze zdanie. Od tamtej chwili nie mogłam się oderwać od lektury i wyrwać z fikcyjnego, ale jakże realnego świata naszej bohaterki. Autorka z wielką pasją i bardzo przekonująco opisała realia życia polskiej nastolatki. Której nieszczególnie powiodło się w życiu. Która wobec swoich przyjaciół jest niezwykle lojalną osobą, ale nie potrafi znieść niektórych irytujących zachowań swojej nieodpowiedzialnej przyjaciółki..


Autor/ka: Beata Ostrowicka
Tytuł: "Przecież cię znam"
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia.
Rok wydania: 2014 r.
Opis: "Normalna kochająca się rodzina. Beztroska codzienność. Idealny chłopak. Laura chciałaby móc powiedzieć to o swoim życiu, ale nie może... Pewnie dlatego wciąż gdzieś pędzi. Musi przecież pomóc Monice, siostrze, która bardzo wcześnie zaszła w ciążę i samotnie wychowuje dziecko. I pani Wandzie, starszej kobiecie, u której dorabia sobie matka. Do tego Laura trzy razy w tygodniu udziela korepetycji. Powinna też spotykać się z ojcem, na co zwykle nie ma ochoty, bo nie może znieść jego nowej >>miłości<<. Dziewczyna tęskni za dawnymi czasami, choć przed nikim, nawet przed sobą, by się do tego nie przyznała. Na szczęście ma Szarą, na którą zawsze może liczyć. I Błażeja, który, mimo że jest dla niej najbliższą osobą na świecie, nigdy nie będzie jej chłopakiem..."
Moja ocena: 9/10.

Przede wszystkim, jest to przyjemna, wciągająca powieść o perypetiach sympatycznej dziewczyny o wybuchowym charakteru i niełatwym życiu. P. Ostrowicka idealnie wstrzeliła się w temat, potrafiąc w piękny i bardzo przyjemny sposób opisać historię Laury. Z pozoru normalna codzienność, ale autorka potrafiła ująć tu bardzo dużo ważnych informacji i życiowych wartości. Dziewczyna potrafi naprawdę poświęcić się dla osób, którym pomaga. Niektórym interesownie, owszem, ale przykłada się do tego najlepiej jak potrafi. Znosi humorki swojej siostry, pomaga przyjaciółce, która postanowiła wyprowadzić się z rodzinnego domu, a jednocześnie usiłuje nauczyć ją twardo stąpać po ziemi. Akceptuje i wspiera najlepszego przyjaciela w podjęciu trudnych, ale dobrych dla niego decyzji. Mimo wszystko jednak martwi się, że jest niewystarczająco dobrą przyjaciółką, nie poświęca bliskim osobom odpowiedniej ilości czasu i nie zna ich dostatecznie. Tym, co szczególnie spodobało mi się w owej powieści był brak perfekcji i pięknego zakończenia. Owszem, pewne sprawy w życiu Laury się rozwiązały, uległy pozytywnym zmianom, a ostatni akapit książki ma wesoły wydźwięk, ale nie wszystko zostało opisane, jak na dłoni. Życie toczyło się dalej, ale nam, czytelnikom nie było dane poznać go do końca. I jestem pewna, że taki właśnie był zamiar Beaty Ostrowickiej. Reasumując: książka warta uwagi. Nastolatki lubujące się w takich klimatach powinny być zachwycone tą pozycją, ale książka zawiera również przesłanie, którymi mogłyby się kierować dorosłe kobiety. 

piątek, 1 września 2017

I MISS YOU.

Najgorszym uczuciem na świecie jest bezsilność. A ta bezsilność wiąże się z niemożnością ponownego spotkania się z osobą, którą żegnamy.

Nie lubię pożegnań. Nawet jeśli mamy nie widzieć się tylko kilka dni, pożegnania zawsze wywołują smutek, którego wielkość jest chyba adekwatna do ilości kilometrów, jaka dzieli nas od ukochanej osoby. Czasami musimy żegnać kogoś na zawsze - i jest to najgorsza forma tęsknoty, jaką człowiek jest w stanie odczuć w życiu. Kiedy żegnamy kogoś na zawsze, nie tęsknimy tylko za jego towarzystwem. Tęsknimy za jego istnieniem. Bo dopóki żegnamy się z czymś, co będzie czekać na nas po powrocie, albo co samo do nas powróci i z uśmiechem złapie nas w ramiona - czujemy bezpieczeństwo. Wiemy, że dana osoba istnieje, a to duży powód do szczęścia. To pozornie banalna rzecz, ale kiedy mamy świadomość, że ktoś, za kimś tęsknimy istnieje, żyje, funkcjonuje, jest szczęśliwy; cały ciążący i uprzykrzający nam życie ciężar tęsknoty staje się o wiele lżejszy.
Czasami musimy pożegnać rzeczy. Przedmioty, wydarzenia, zjawiska, szczęście. To może wydawać się nielogiczne, ale przecież potrafimy tęsknić za rzeczami niematerialnymi. Za szczęściem. Za beztroską. Za dzieciństwem. Za każdym pożegnaniem ukryty jest ludzki smutek.



Pierwszego września, tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku, wybuchła druga wojna światowa. Wojna, na której zginęli nasi przodkowie. Wojna, która wywołała w ludziach największe okrucieństwo. Wojna, która sprawiała, że ludzie prosili o swoją śmierć. Dziś mija 78 rocznica tego okropnego dnia, który na zawsze zmienił bieg historii. Nie mam zamiaru zmienić tego postu w wyrwaną stronę z podręcznika historycznego, ale chcę byśmy pamiętali. Kiedy nasi dziadkowie wychodzili na ulicę, by walczyć za swój kraj musieli się żegnać w wyjątkowy sposób. Bo nawet nie wiedzieli, czy kiedykolwiek wrócą do swoich rodzin. Czy rodziny wrócą do nich. To nie była jedynie tęsknota za ludźmi - za ich istnieniem, za ich obecnością, zapachem, uściskiem dłoni, uśmiechem. To była tęsknota za bezpieczeństwem, domem, spokojem. Mamy to szczęście, że urodziliśmy się w czasach pokoju. W czasach, w których większość osób posiada to swoje ciepło domowego ogniska i czuje bezpieczeństwo. Pozornie prosta rzecz. A tak wiele daje.  Dziś beztrosko biegniemy do szkoły, by powitać nowy rok szkolny, witamy się z dawno niewidzianymi kolegami - osobami, za którymi tęskniliśmy. Zmęczeni życiem, pragnący wakacji, zrozpaczeni - wracamy do szkoły. A wtedy, siedemdziesiąt osiem lat temu, ludzie oddaliby życie za takie problemy. Oddajmy minutę ciszy. Oddajmy honor poległym. Wspierajmy osoby, które przeszły przez to piekło na ziemi.





Pozdrawiam,
~Wiktoria.




PS. Zdjęcia obecne w poście są wynikiem amatorskiej sesji fotograficznej, jaką przeprowadziłam wraz z moją przyjaciółką pewnego sierpniowego popołudnia. Chciałabym przesłać serdeczne podziękowania i wyrazy wdzięczności - bez niej fotografie, które mogliście dostrzec nie powstałyby. A sesja, wbrew pozorom, była radosną i wakacyjną, jednak owe kolorowe, wesołe zdjęcia nie pasowały do charakteru tego postu ;).

środa, 23 sierpnia 2017

MY REVIEW #2 - "Niebezpieczne kłamstwa"

Druga moja recenzja dotyczyć będzie nowej powieści autorki bestsellerowej sagi "Szeptem". Becca Fitzpatrick zasłynęła właśnie dzięki niej, lecz teraz przybyła z nową powieścią, pt. "Niebezpieczne Kłamstwa". Czytałam tę książkę stosunkowo niedawno, wciąż więc moje odczucia są bardzo świeże.




Autor/ka: Becca Fitzpatrick
Tytuł: "Niebezpieczne Kłamstwa"
Wydawnictwo: moondrive
Rok wydania polskiego tłumaczenia: 2016
Opis: "Stella to nie moje prawdziwe imię. Thunder Basin w Nebrasce nie jest moim prawdziwym domem. To nie jest moje prawdziwe życie.

Po tym jak byłam świadkiem groźnego przestępstwa, zostałam objęta programem ochrony świadków i wysłana do spokojnego miasteczka na końcu świata. Moje życie rozpadło się na milion kawałków. Nie potrafię się tu odnaleźć. Miałam rozpocząć ostatni rok liceum. Miałam być z chłopakiem, którego kocham, ale zostaliśmy rozdzieleni. Teraz w moim życiu pojawił się ktoś inny - czy mogę mu zaufać? Coraz trudniej jest mi ukrywać uczucia. Coraz trudniej jest też kłamać...
Im bardziej czuję się bezpieczna, tym większe grozi mi niebezpieczeństwo."
Moja ocena: 7,5/10


Generalnie rzecz biorąc, powieść, a głównie jej fabuła bardzo przypadła mi do gustu. Wydaje mi się, że jest to dosyć oryginalny pomysł na fabułę, p. Fitzpatrick idealnie wczuła się w sytuację i odczucia dziewczyny, potrafiła również wprowadzić elementy zaskoczenia. Historia miłosna, przejawiająca się w tej książce jest całkiem przyjemnie i niebanalnie opisana. Momentami główna bohaterka i jej zachowanie wywoływało we mnie irytację, ale domyślam się iż mógł być to efekt zamierzony. Powieść podoba mi się, ponieważ jest lekko i przyjemnie napisana, a jednocześnie ma ten swój niepowtarzalny klimat. Polecam przeczytać w ramach relaksu i pozwolić się ponieść atmosferze bijącej od tej książki. 

środa, 9 sierpnia 2017

MY FIRST REVIEW - "Załącznik"


Oto pierwsza w moim życiu recenzja książki! Od tego momentu pojawiać się one będą już regularnie, co drugą środę. Za pierwszym razem chciałam wziąć coś, czego zrecenzowanie nie zajmie mi dużo czasu i dzięki czemu będę mogła z łatwością wdrożyć się w tworzenie tego typu projektów.

Na tapet wzięłam więc "Załącznik" autorstwa Rainbow Rowell, który miałam okazję przeczytać już kilka miesięcy temu. Opinię wyrobiłam sobie niemal od razu - nie czułam potrzeby dłuższego zastanawiania się nad tym, jaką ocenę wystawić temu dziełu jednej z moich ulubionych autorek.
Rainbow Rowell zachwyciła mnie już książką pt. "Fangirl", po której żarliwie sięgnęłam po "Eleonora i Park". Każda z nich domaga się osobnej recenzji, ale na początku chciałam poruszyć temat najnowszej książki, która stosunkowo niedawno pojawiła się na półkach księgarni.




Autor/ka: Rainbow Rowell
Tytuł: "Załącznik"
Wydawnictwo: HarperCollins 
Rok wydania polskiego tłumaczenia: 2016
Opis: "Lincoln O'Neill nie może uwierzyć, że jego praca polega na czytaniu cudzej korespodencji. Zgłaszając się na stanowisko "administratora bezpieczeństwa danych" wyobrażał sobie, że będzie budował systemy zabezpieczeń i odpierał ataki hackerów - a nie pisał raport za każdym razem, gdy dziennikarz działu sportowego prześle koledze sprośny dowcip. Natrafiwszy na maile Beth i Jennifer wie, że powinien wysłać im upomnienie. Ale ich pokręcona korespondencja na temat spraw osobistych bawi go i wciąga. Kiedy uświadamia sobie, że zakochał się w Beth, jest już za późno, by tak po prostu nawiązać z nią znajomość. Co miałby jej powiedzieć..? >>To ja jestem tym facetem, który czyta Twoje maile.. i kocham cię<< ?" 
Moja ocena: 8/10

Książka - owszem, bawi nas i wciąga jak głównego bohatera czytanie cudzej korespondencji, ale czegoś w tej powieści wyczułam brak. Mam wrażenie, że przez jakieś 390 z 410 stron dowiadujemy się kilku faktów o Lincolnie - na przykład tego, że jest starym kawalerem mieszkającym z matką, dostającym regularny ochrzan od swojej starszej siostry, która w przeciwieństwie do niego ułożyła sobie życie i nie ma najlepszych relacji z rodzicielką, czy tego, że nienawidzi swojej pracy, ale boi się cokolwiek zrobić by swój los odmienić. Z czasem zaczyna czuć coś więcej niż sympatię do Beth, wymieniającej maile ze swoją przyjaciółką, mimo iż nigdy nawet osobiście z nią nie rozmawiał. Mamy tu przykład czegoś, co sprawdziłoby się w znacznej większości zarówno książkowych, jak i filmowych romansideł. Powieść trafi w gusta większości nastolatek i myślę, że dorosła kobieta również nie pogardziłaby przeczytaniem takiej luźnej historii w ramach relaksu. To, czego brakuje mi w tej książce - choć domyślam się, iż mógł to być zamierzony efekt - to rozwinięcia happyendu zakochanych. Nie mówię tu o niesamowicie przesłodzonym ślubie pół roku później, ale o chociażby krótkim rozdziale, który mógłby zaspokoić ciekawość czytelników. Po przebrnięciu przez zawiłą i skomplikowaną historię ich nieoficjalnego zapoznania otrzymujemy nagły i niespodziewany koniec, gdy para wraca z obiadu, bądź kolacji w obecności mamy Lincolna. Dla mnie to odrobinę za mało. Pozostawiło niedosyt.
Mimo to, moja ocena jest pozytywna, bo - jak to mam w zwyczaju przy książkach R. Rowell- przyjemnie spędzałam czas na lekturze. 



Pozdrawiam, 
~Wiktoria.

wtorek, 1 sierpnia 2017

MY PLACE.

Nie ma miejsca piękniejszego niż to, w którym mieszkam.
Las jest najcudowniejszym miejscem na świecie. Mój las.

Mój dom położony jest w centrum lasu. Minęła chwila, nim uświadomiłam sobie, że coś, co jest czyimś spełnieniem najskrytszych marzeń - bez problemów zostało mi przypisane od momentu urodzenia. Piękne widoki, dźwięki, momenty.. Klimat. Niepowtarzalny. Z dala od miejskiego zgiełku.
To tutaj, wśród tysiąca drzew tysięcy gatunków, wychowywano mnie od początku mego życia. Odkąd pojawiłam się na ziemi. I w każdej chwili mogłam chodzić leśnymi ścieżkami, wdrapywać się na pagórki, które z biegiem lat dziwnym trafem stają się coraz mniejsze i łatwiejsze do pokonania, zrywać świeże owoce, biegać po niezagospodarowanych łąkach, leżeć na kocach w cieniu drzew, zjeżdżać na sankach z prywatnej górki, podziwiać kolory liści wszelkiego rodzaju i.. uciekać od hałasów, zbiegowisk, tłumów, problemów, niekorzystnych sytuacji.. Las stał się dla mnie oazą. Oazą spokoju i szczęścia. Jedynie nie zawsze to doceniałam.





Oczywiście, nie ma w tym perfekcji. Nie mamy równo przystrzyżonej trawy, perfekcyjnie wyplewionego ogródka, ani najnowocześniejszego garażu, a leśne borówki w przeciwieństwie do tych amerykańskich są maleńkie, często kwaśne i brudzą ręce jak cholera, ale dla mnie, są idealne.





A czy jest coś wspanialszego od zapachu skoszonej trawy? Od porannego śpiewu ptaków, lub wieczornej gry koników polnych? Od świeżo zerwanej poziomki, szukania grzybów kilka metrów od własnego domu? Letnich wieczorów? Grilla, robionego u siebie i po swojemu? Dotychczas niczego lepszego nie znalazłam. Nowy Jork, Paryż, Warszawa, Berlin - jasne! Ale to tu jest to miejsce. MOJE MIEJSCE. 


Pozdrawiam, 
~Wiktoria.


UWAGA KOMUNIKAT

Seria postów niezobowiązujących - takich jak ten i kilka poprzednich w dalszym ciągu pojawiać się będą raz w miesiącu (pierwszego dnia miesiąca). Postanowiłam jednak zaangażować się w blogowanie na większą skalę i częściej pisać posty z recenzjami książek, których jestem ogromną wielbicielką. Takie posty najprawdopodobniej publikować będę raz w ciągu dwóch tygodni, jednak ustanowienie to może ulec zmianie, sukcesywnie wymuszając na mnie większą systematyczność. Dziękuję za uwagę.

sobota, 1 lipca 2017

HOLIDAY MAKING YOU HAPPY.

Właśnie jestem świadkiem, ba - wręcz uczestnikiem, prawdopodobnie najpiękniejszego wieczoru w historii ludzkości. I nie mam nawet na myśli tego, że temperatura przez całą noc sięga 22 stopni Celsjusza, ani tego, że niebo jest zupełnie bezchmurne i pokryte tysiącem gwiazd, przypominającym światełka w porcie widoczne w wielu produkcjach filmowych. Nie mam na myśli tego, że gdzieśtam na świecie właśnie w tej chwili odbywa się koncert mojego ulubionego zespołu tworzącego muzykę idealną dla moich uszu, ani tego, że w tym momencie na całym świecie pewnie urodziło się około 350 tysięcy dzieci, których rodzice nie posiadają się ze szczęścia, jeśli tylko poród się powiódł. Jest to najpiękniejsza noc w historii ludzkości, ponieważ wszystko żyje własnym rytmem. W krzakach, nieopodal krzewów i innych roślin chowa się mnóstwo świetlików, które świecąc na piękny, zielonkawy kolor przelatują nad polami, ukazując nam jeden z najpiękniejszych widoków. Drzewa kołysają się w rytm wiatru. Powoli, spokojnie, niespiesznie. Gdzieś  w oddali pohukuje sowa, dając nam dowód swojej obecności w tym wielkim, nienaruszonym ludzką działalnością lesie. Psy sąsiadów ujadają, czując podejrzliwe zapachy obcych ludzi i zwierząt, lub po prostu komunikując się wzajemnie. Stojąc pośrodku wszystkiego, co podziwiam, na drewnianych, lekko zwiotczałych i zniszczonych deskach tarasu, obok huśtawki, na której leżałam jeszcze kilka godzin temu, zmęczona i zupełnie zrezygnowana upałem, przed barierką porośniętą bujnym winoroślem i kilkoma kwiatkami w ozdobnych doniczkach posadzonych parę miesięcy temu przez moją mamę. Delikatny, nocny i orzeźwiający wiatr rozwiewa mi włosy, powodując dreszcz przyjemności przebiegający wzdłuż kręgosłupa po całym ciele. Oczy rejestrują wszystko, co w zasięgu wzroku - od schodów prowadzących z tarasu na skoszoną, pokrytą rosą trawę nad którą lata tysiące robaczków świętojańskich, poprzez piękne, kwitnące niedaleko rośliny, aż po wierzchołki najwyższych drzew, stanowiących granicę lasu. Usta bezwiednie rozchylają się w delikatnym uśmiechu, przeżywając i analizując każdą przyjemność z osobna. Mózg stara się zapamiętać każdy, najmniejszy szczegół.



I właśnie po to są wakacje. Po to, by stanąć na tarasie, położyć się w wysokiej trawie, przejść boso po łąkach, zjeść świeżo zerwaną truskawkę, podziwiać zachody słońca i zapadanie zmierzchu, czuć wiatr muskający nasze ciało i mocne popołudniowe promienie słoneczne. Po to, by kąpać się w chłodnej rzece, słuchać szumu fal, zarywać nocki, oglądać wschód słońca, czuć jak w powietrzu wzrastają temperatury, czytać książki leżąc na hamaku.. Po to, by podróżować, cieszyć się życiem, relaksować, odpocząć, nabrać rozpędu, zbierać doświadczenia, analizować podjęte decyzje.. Po to, by żyć. Żyć prawdziwie. 



piszacy_kurczak

czwartek, 1 czerwca 2017

WELCOME BACK!

Znacie ten moment, kiedy przypadkowo znajdujecie coś, co przypomina Wam o całej przeszłości i zalewa Was fala sentymentu, która z czasem przeradza się w chęć powrócenia do tego, co było wcześniej? Ja znam aż za dobrze.
Wielokrotnie zdarzało mi się powracać do prowadzenia bloga ze względu na sentyment. Tym razem jest to coś innego. 





Zupełnie inna wizja na bloga.
Zupełnie inne nastawienie.
Zupełnie inny pomysł na tematykę postów. 



piszacy_kurczak